A SŁOWO CIAŁEM
czy kogoś zabiła mortadela?
(pradawny był to Włoch? cny Hiszpan?)
czy umar lak - niech żyje lak?
któż sukcesorem - jeśli tak?
cóż zawiniła mała osa
że papier jej przynależniony
palą, popielą bez ustanku
a śpi spokojnie bristol gza?
czy w piersi cieniu smukłość palców skryta
czy c i e n i a to pierś, kostusze wymię
memento jakieś sugeruje?
skoro bywają raje stopy
czy bywa także piekło ud?
a jeśli cię śmieszą te pytania
wprost cię zapytam - po co rzyć?
^
OBRAZEK Z EPOKI
niespodziewany nalot
słowików bombardujących
zaskakuje błogo rozłożone
na majówce towarzystwo
rzeź jest totalna -
jelita małych huncwotów
owinięte wokół mieczyków do sersa
strzaskane lorgnon
zakatrupionej pani
wśród zakrwawionych andrutów
(z pana zostały tylko nadpalone getry
i zdziwione spojrzenie w słoju konfitur)
przeżył jedynie kamerdyner
który zaplątał się w ineksprymable
w chaszczach nad ruczajem
później powie:
- a bonby tylko wiutały: wiut, wiut
^
AROGONAUTA
mój tamten inny gwiezdny tato
(nie pod tym słońcem się znaliśmy) -
mój tato latał na sterowcach
pogromcą lewiatanów był
pewnie prowadził zeppelina
w akwarium nieba nad planetą
gdy przestwór niebios fioletowiał
to była pora smoczych lotów
walk i żelaznych akrobacyj
ponad górami i cieniem dolin
na horyzoncie gdzieś w oddali
majaczył czasem pterodaktyl
ich leża można było dojrzeć
we wnętrzach wulkanów co wygasły
widywał wędrówki wielorybów
ich śpiewy poprzez morza słyszał
i myślał: ja też tęsknię
i zmierzam nie wiadomo dokąd
niemniej smakował swą samotność
czuwanie bycie w drodze
wobec Bezmiaru płomień duszy
zwykle niepewny - był wyraźny
śmiało mógł wejrzeć w oko nocy
i śmiał się śmiał się płynąc w ciszy
^
NOBLESSE
był fantazyjny, żartobliwy
i, oczywista, dystrakt był
w orkiestrze grał na bombardonie
lakierki często mydłem mył
gdy z siatką łapać szedł motyle
dziwnymi trafy wracał z rybą
powidłem trefił swoje włosy
suchary chrupał z brylantyną
był diukiem z prastarego rodu
co w tych złych czasach się zagubił
z tym swoim on honorem śmiesznym
dlatego może klepki gubił
w kredensie gdzieś za makaronem
trzymał pieczęcie swego rodu
a na nich gryf - to co że brudny
wciąż groźnie prężył się do skoku
we snach widywał zigguraty
pod strasznym purpurowym niebem
- stało tak nisko że dusiło -
i padał w piach bezwodnych pustyń
czasem przez knieje się przedzierał
straceńczą misją obarczony
powiernik wygnanego króla
infanta chronił przed pogonią
...albo w machinach dziwnych
w przestworza się wzbijał
ponad nie bardzo ziemską ziemią
któregoś dnia nie wrócił ze snu
względnie - zapomniał się obudzić
pukał od środka do swej głowy
ale nikt nie chciał mu otworzyć
w lekkiej konfuzji - jak to zwykle
został więc tam, po drugiej stronie
pomiędzy światy się wpasował
lecz nie grał już na bombardonie
^
IMPERIA, IMPERIA!
załóżmy państwo! -
Wielką Chromolię
za godło weźmy złocistą cynfolię
(z Jesiennej Muchy emblemą niewielką)
tam będziesz sobie mógł być
niedoćmawy
popierdny bzdrymny
również lulawy
śmieszni rycerze na koniach z patyków
będą strzec ciebie
i twych bomboników
a w infanterii służą spajdery!
gites-guldynki na karmel-cukiery
samopowtarzal nebajadery
(mają oni groźnie, ale na wszystko jest polisa)
i mogą (spajdery) tak sczniać twoich wrogów
że ci zaczną mówić per
pan do swych nogów
i nigdy a kuku nie rzekną bez trwogi
a kiedy Wszechświater pełen pluskersów
mglenia szemrzenia
rozmokłych krakersów
poczuj się panem niemałych włości -
pachnących drewnem
werand gdzie gości
w wiekowych domach
to dziwne Coś
przeczucie raczej cię nie zawiedzie -
w kącie werandy jest gwoździk wbity
a na nim nieco zmurszała wstążka
a na tej wstążce wisi kluczyk
co drzwi otwiera do międzyświatów
^
NIEŁATWO JEST PISAĆ
słodka jest noc
...lecz brudny jest Harry
^
KOROWÓD
na prześliczne twoje oczy
niech zuchwale żaba wskoczy
i uwije tam siedziska
w które wniknie odaliska
a tuż za nią markietanki
carscy we wsi!
stare tanki
oraz wszelkie partyzanty -
różni tam guerillas
gorillas, carbonari, urinari, także też vocabulari
i koniecznie jenerał! - najlepiej z kokardą
na koniku z biegunami
a także: onuce, machorka, bajonety
kabaretki, długie fifki,
białe, białe cudne uda - jednak
z wytatułowanym wężem!
i na koniec, cóż, Władca
Ciemności w pluszowych bamboszach
z poczuciem że zaszło
jakieś nieporozumienie
^
BUKOLIKA
babuleńka gołąbeczka
dobrotliwe kurze łapki
w domku małym sobie żyje
tupta po ogródku swoim
myczy myczanki
troszczy się o gałązki
kwiatuszki ździebełka
konewką życiodajnie się machnie
nawodni całokształt
sianka krasuli podrzuci
kózkę potarmosi da jej gazetę
lecz oczkiem babuni w głowinie jej siwej
jest kurnik zacny i jego mieszkanki -
te nioski nioseczki
kurki kochane
dostarczycielki jajków lubych
i tu jest, przyznacie,
pewien szkopuł
bo kurki w dziobach mają zęby
czerwone szarpią nimi mięso
^
GOTYK?
pan Zdybiusz Hotentot
praszczur rodziny i śmierdziel gicowy
wyznawca łoju na futrze czaszkowym
- on z tych co zło mają wypisane
po wewnętrznej zębów stronie
w meandrach swej
parcianej duszy
on pewien sekret mroczny chowa:
kiedy rodzina dawno śpi
i milczy luby telewizór
cichaczem za drzwi się wymyka
opary grzeszku zeń buchają
szurnięcia kapci ledwie słychać
lecz dokąd zmierza nasz pan Zdybiusz?
czy na spotkanie z latawicą?
- nie, on się skrada ku piwnicom!
odmyka rygle i zasuwy
bacznie się rozejrzawszy wprzódy
a tam w komórce on hoduje
szablastozębe małpoludy
^
***
bacz
tutaj jest limes
- wkraczasz do zony
tu wstyd twój mieszka
i pohybel twoja
tu płyną barbarzyńskie
rzeki
nad którymi mrzeć wypada
tu żyją psiogłowcy, ludzie-wilki
i inni Kaina potomkowie
tutaj kobiety mają rozwidlone języki
a mózg twój chętną jest przystawką
wkraczasz do zony
i ten który zawsze jest przy tobie
skryty w półmroku król asasynów
wyjdzie ci naprzeciw
na słoneczną ścieżkę
i parę rzeczy się okaże
najgorsze jest to
że nie nie ma reguł
kiedy i gdzie zona się otwiera
możesz tam wkroczyć przypadkowo
na przykład rano, zaspany
w drodze do łazienki
w głupio opadających spodniach od piżamy
^
DALSZE LOSY MAŁPIATEK
w biurowym pokoju
siedzą trzy ssaki
mają nerwice
i okulary
czasem działki nad zalewem
a potem idą do piekła
zaiste smutne i niepokojące
są ostateczne losy małpiatek -
tej błazeńskiej hałastry co wygrała z nami
choć byliśmy pierwsi i mędrsi byliśmy
nasz był odwieczny rytuał tradycja eonów
odczytywanie świata księgi
i mieliśmy Prawo czego im zbywało - ich był
głód tylko
no i cóż - nie zmienili się zanadto
kwituje żółw paciorkooki
zza szyby terrarium
w biurowym pokoju
^
AVALON
ej ludzie
ja odpadam
już nie mogę
pas
to nigdy tak do końca
nie była moja rozgrywka
w waszym szaleństwie
nie ma metody
jest ciemność wielka
i wstydliwy koniec
ja tego nie chcę
zostawiam wam wasze sprawy
i wracam do siebie
na zielone niwy
i pradoliny
tam gdzie małe domki
skryte w gałęziach baobabów
meandry porzeczkowych rzek (got it, man?)
prześwietlone polany
i sagowce
i tam w korzeniach
schowana szkatułka
gdzie śpi i będzie spał zawsze
kosmyk jasnych włosów
idę u boku tygrysa mordercy
który użycza mi swego splendoru
trąbka gra madrygał
i jest pięknie
pięknie
nad czarnozłotym rozlewiskiem
do lotu podrywa się jelitoptak
i wschodzi słońce z mchu
^
ZAMIESZKAJMY IM W CIPKACH
panowie -
powoli staje się jasne
że tu
nie ma dla nas miejsca
nasze ręce za słabe
a dusze z papieru
dlatego
schowajmy się im w cipkach
będzie nam ciepło
i będzie nam dobrze
i będziemy tam gdzie trzeba
niech noszą nas w sobie
tulą i chronią
w swym najsłodszym miejscu
niech tam na zewnątrz
świat się przewala -
śnieżyce, idioci
i wczesne wstawanie
a my panowie
schowajmy się w cipkach
bo tu na zewnątrz
jest zimno
i chujowo
^
***
ponieważ ona jest szalona
trochę pijana
i ma fantastycznie smukłe kostki -
pragnę jej
i jestem zgubiony
i zaprawdę
mierzi mnie moje oko
lecz go nie wyłupię
i nie odrzucę od siebie
bo patrzeć chcę jak ona tańczy
i odchyla głowę
i dlatego wykręcę jednak: 0-666
i powiem dobra cwaniaczki
niech wam będzie -
podpiszę co trzeba
byle szybko
wszystko podpiszę
ale natychmiast
niech zsunie się suknia
niech zakołysze się pierś
^
PODRÓŻNA
stalowe smętne lewiatany -
pociągi mkną przez noc i śmierć
schronienie dają tym
co są znikąd
i ona tam jest
bo ciemna podróż musi trwać
migają za oknem widma lasów
epok estakad bagnisk kominów
kołowrót dworców i miast śmiertelnych
a wszystko w zimnym świetle Luny
i ona tam jest
gdy dzień nastaje
wysiada z pociągu i rusza przed siebie
z jedną walizką w której śpi poduszka
przechadza się niespiesznym krokiem
po jasnych ulicach obcych miast
i przez zaułki gdzie noc czyha
gdy jest zmęczona
wyciąga poduszkę
przytula się gdzieś
i skłania głowę
a wielcy mordercy
stąpają cicho na paluszkach
by jej nie obudzić
^
LOT, LOT
a zatem witaj
na
uczcie przechodniów
tu w oku nocy mamy przystań
to takie dziwne party pośród gwiazd
gdy czcimy to spotkanie
tak w końcu niedługie i nieoczywiste
dane nie wiadomo przez kogo i po co
to odpoczynek przed dalszą
i każdemu inną drogą
w podróży przerwa
dopóki wiatr znów nie zawieje
zabierze nas i pamięć o nas
z miejsca gdzie trwało igrzysko
gdzie społem posilaliśmy
nasze dusze i ciała
- te śmieszne przebrania
dane nie wiadomo po co
bo już trudno zapomnieć
ten śmiertelny duszny świat
twarze i kochania tych
których ujrzałeś i zamknąłeś w sobie
swym głodem - jedynym co
tutaj dostałeś naprawdę
już trudno zapomnieć i może tak jest lepiej
choć boleć będzie
poza trwanie rzeczy
bo resztę podróży odbędziemy sami
i nie spotkamy się nigdy
^
***
miasta
one umrą
znużeni ludzie
kiedyś je porzucą
ci których obłęd nie wygubi
porosną futrem
i wrócą na puszczę
Wielkie Wygnanie zatoczy krąg
a jego brzemię w ciszy będzie dźwięczeć
zostaną czerwone skały
na pustej planecie
popękane autostrady
które płowy mech wziął we władanie
groby budowane z kartonowych pudeł
i dzwony - pęknięte zatopione
co nigdy więcej nie ostrzegą
przed hordą najeźdźców ani przed zarazą
umilkły zresztą przed wiekami
i wtedy już przepowiedziały
miasta powolne umieranie
to już niedługo
strumienie powoli odwracają bieg
koty mają już kilka słów swojego języka
^
***
tam była kiedyś zielona
niwa - kończyło się miasto
rosły dzikie jabłonie
żuk miał sklep
a konik polny garsonierę
teraz stoją tam
brzydkie domy ludzi
tam się pierdolą
jedzą kanapki
przeklinają los
a Pana nie ma między nimi
ale to żadna nowa Sodoma
miasto szaleństwa
natchnionego grzechu
i za grzech pokuty
to miasto miałkich zgryzot
letnie i bezmyślne
jego mieszkańcy są tak nudni
i znudzeni
że już prawie ich nie widać
dlatego nie będzie tu komety
czarnego deszczu
słońca co własny pomiot pożre
jedynie stopniowe blaknięcie
obrazu
jak w starym telewizorze
który wyrzuciłeś dawno temu
^
APOKRYF
szkatułki tkwią
w wielbłądzich jukach
noc na pustyni jest zimna
i z nozdrzy zwierząt bucha para
trzej wysłańcy znów są w drodze
lecz błądzą błądzą od eonów
coś jest nie tak
nie tak jak mówią stare mapy
miast prowadzić
gwiazdy zwodzą
imię tej jednej co wciąż im świeci
jest Piołun
i droga w nicość się wydłuża
dlatego posłuchaj
który zamieszkujesz Miasto
nie masz specjalnego wyjścia
szukaj Graala choćbyś prowadził małe życie
szukaj choćby bezrozumnie i mimochodem
w kuchennych szafkach
może w piwnicy
albo na pawlaczu
nie ważne gdzie
ale szukaj
^
ANIMULKA
spokojnie
spokojnie
jeszcze czas
daleka droga
do miejsca
gdzie mam się urodzić
nie ma powodu do pośpiechu
wszystko zostało już wymyślone
przewidziane przeznaczone
będę musiał jakoś
znaleźć się w tym śmiesznym
małym ciele
potem przyjdzie czas na zgiełk
pluszowe misie
i takie tam pierdoły
póki co
trwa podróż
i ciemność
i jest dobra
obracam się w łonie
mojej nie narodzonej jeszcze matki
nie muszę odpowiadać
na żadne głupie pytania
kim jestem
czego właściwie chcę
i dlaczego na przykład
nie lubię sałaty
teatru
albo tej okropnej modulacji
gdy ktoś mówi kachanie
zamiast kochanie
^
***
"maleńki", "maleńki" - wiem, to słowo
czułostkowo zgrzyta
ale nic na to nie poradzisz bo
kiedyś wszyscy byliśmy maleńcy
w zdziwionych oczach
świat się odbijał
puszyste stópki pneumatyczne
woziły nas po dobrym świecie
a z rozdziawionych śmisznie paszczy
ślina płynęła i była święta
a teraz - cóż...
w czerepach wiją sobie gniazda
miałkie ohydy i gehenny
w żyły nam sączą swoje jady
wstydliwe szuflady
pełne ogarków
palonych codziennie
powszednim Belialom
i nie masz, nie masz Tajemnicy
i brzydniejemy - nasz wzrok szkli się
szarzeją ciała w krwi popiół płynie
na brodzie wyrasta grzyb zwan muchomór
a potem koniec -
wiatr wieje nam w głowach
śnieg nam pokrywa oczy od środka
^
FISZKA
czy pamiętasz tamten kwiat
i tamto dawne popołudnie
gdy ty
od niewielu rzeczy będąc większy
wrzuciłeś ów kwiat
do wiadra z wodą
i byłeś pewien że utonie
a on pływał spokojnie
amarantowy w zimnej wodzie
a słońce złote bardzo było
w ogrodzie babci
u zarania
ta chwila musi gdzieś istnieć
w Wielkiej Składnicy:
zdziwiony chłopczyk wpatruje się w kwiat
kwiat widzi pochylającą się twarz
i już są zaklęci -
należą do siebie
i zawsze będą razem
mimo jakichśtam śmierci
^
NA ŚMIERĆ!
kostucho
ty kurwo
sram na ciebie
(niewiele mogę ale to na pewno)
żadna z ciebie dama
nie jesteś szlachetnym przeciwnikiem
nie grasz fair
i nie jesteś częścią Większego Planu
przejrzałem cię
jesteś niesytą lubieży
małą ksobną suką
upodobałaś sobie dziatki
bo wielbisz pieszczoty ich małych rączek
nieprawdaż?
pojękujesz z rozkoszy i nie widzisz
zgasłych twarzyczek swych małych niewolników
jam rab twój
to jasne
ale dopóki mogę
to sram na ciebie
a jeśli zobaczę
że kręcisz się koło przedszkola
udając dobrą ciocię
która "przyszła wcześniej odebrać mojego synka"
to cię kurwo zabiję
^
PIECZĘĆ
niech sroce wypadnie
spod ogona
niech znajdą go w kapuście
albo na śmietniku
niech będzie niczyj mały miś
z zawsze oberwanym uchem
i flakami ze szmatek
niech przezroczysty
bezkrwisty
i letni niech będzie
i światem nigdy się nie karmi
... Pan Jezus z Diabłem
grali o mnie w kości
żadnemu z nich nie zależało
nie przykładali się
mieli gdzieś
'ty o nim zapomnij, a ja go nie zbawię'
powiedział pierwszy
'niech sroce wypadnie...'
- nie skończył drugi
i gruchnęli śmiechem
^
----
Copyright©2009 Tomasz Titkow
|